Wtorek, 26 marca 2019, Emanuela, Larysy, Teodora

Pływał po oceanach, zakotwiczył w „Pojezierzu”

Wyszło mi, że opłynąłem Ziemię trzy razy – mówi Zdzisław Buchert, emerytowany marynarz. Przez 40 lat statek był jego domem. Na pytanie gdzie w tym czasie był i co zobaczył odpowiada, że prościej będzie wymienić, dokąd nie dotarł. -  Nie byłem na żadnym biegunie, na Spitsbergenie i na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Na zdjęciu Z. Buchert Fot. R. Chodor

Gdy zadzwoniłam do pana Zdzisława z pomysłem, że chcemy przedstawiać w „Echu Pojezierza” naszych ciekawych mieszkańców, zgodził się pod razu. – A pewnie, że przyjdźcie, zrobię wam zupę ogórkową z „Batorego” – zapraszał gościnnie. I rzeczywiście, kiedy spotkaliśmy się w jego dwupokojowym mieszkaniu przy ul. Pana Tadeusza czekała na nas obiecana i smaczna zupa. Ugotowana dokładnie tak, jak kiedyś serwował ją pasażerom na statku „Batory”, który kursował do Stanów Zjednoczonych.  Zdzisław Buchert był na nim nie tylko marynarzem, ale też kucharzem. – Kapitan na statku jest jak ojciec, ale kucharz, jak matka – mówi z przekonaniem.

Kochaj albo rzuć

Kto nie pamięta komedii o Kargulach i Pawlakach? Jednak mało kto wie, że pan Zdzisław ma swój udział w polskiej kinematografii. Płynął „Batorym” w rejs do Stanów akurat w czasie, kiedy ekipa filmowa kręciła na nim trzecią część kultowej komedii, czyli „Kochaj albo rzuć”. Wykwintne dania, jakie widzowie mogli zobaczyć na ekranie, zostały przyrządzone przez kucharzy z „Batorego” w tym m.in. przez pana Zdzisława. – Tam głównie homary wglądały tak dekoracyjnie. Nie były to specjalnie zamawiane dania do filmu tylko takie, które przygotowywaliśmy zwykle dla pasażerów. Dzień wcześniej, przed wejściem do portu, odbył się dla podróżnych wieczór kapitański, więc część tych sfilmowanych dań pochodziła właśnie z niego. Robiliśmy też w filmie za statystów. My kucharze i stewardzi przebraliśmy się w cywilne ubrania i udawaliśmy pasażerów, ale sceny z moim udziałem chyba zostały wycięte, bo nigdzie siebie w filmie nie wypatrzyłem – śmieje się i dodaje. – Większość scen na statku nakręcano, gdy staliśmy w Gdyni. Wróciliśmy akurat ze Stanów i czekaliśmy w porcie kilka dni nim nastąpił załadunek przed kolejnym rejsem do Ameryki. W tym czasie ekipa, a było ich tylko chyba 9 osób, nagrywała sceny do filmu. Duży popis przy dekoracji potraw dali nasi „pentermani”, czyli ludzie, którzy zajmują się garmażerką. Ponieważ na statku każdy odpowiada  za co innego. Inni kucharze są od sosów, inni od ryb, a jeszcze inni od mięs – wylicza.

Kucharze z "Batorego". Z. Buchert drugi z lewej. Fot. arch.pryw.

800 kotletów w dwie godziny

„Batory” zabierał na pokład około tysiąca pasażerów plus trzysta osób załogi. Rejsy do Ameryki Północnej trwały dwa tygodnie. Przygotowanie codziennych śniadań, obiadów, kolacji i podwieczorków dla takiej rzeszy ludzi stanowiło nie lada wyzwanie, któremu musiało sprostać kilkudziesięciu kucharzy. Codziennie goście mieli do wyboru w menu kilkanaście zup i drugich dań. Już sam załadunek żywości był potężnym przedsięwzięciem logistycznym. – Na morzu musieliśmy być samowystarczalni. Na statku piekło się chleb, bułki, ciasta, rozbierało tusze wieprzowe, bo mieliśmy też masarnię, robiło się kiełbasy. Pamiętam, że któregoś razu musiałem sam zrobić na obiad 800 kotletów mielonych. – Ile to panu zajęło? – Dwie godziny. Było ciężko, ale w tamtych czasach praca na „Batorym”, flagowym statku Polskich Linii Oceanicznych, uchodziła za splendor. Tam wszytko było z najwyższej półki.  Dlatego zatrudniano najlepszych albo dobrze rokujących. Zaś tego, co przygotowywano kulinarnie na „Batorym” nie robiono nigdzie indziej. Pływałem na nim kilka lat i dzięki temu mogłem się uczyć gotowania od mistrzów – opowiada.

"Batory" w zimowej odsłonie. Fot. arch. pryw.


Więcej zieleni

Zdzisław Buchert pływał po morzach i ocenach całego świata, na różnych statkach, pod różnymi banderami. Wybrał pływanie, ponieważ w tamtych czasach był to jedyny sposób, aby zwiedzać świat. W pierwszy rejs wypłynął do Chin w 1966 roku, po odsłużeniu wojska w jednostce łączności Marynarki Wojennej w Wejherowie. Do ulubionych portów zalicza te na Dalekim Wschodzie: Singapur, Bangkok i inne.  Jego najdłuższy z rejsów, bez zejścia na ląd, trwał ponad rok. – Po takim czasie człowiek już nie może patrzeć na błękit. Dlatego pokłady na statkach malowane są zazwyczaj na zielono. Czasem braliśmy na statek rowery i gdy zawijaliśmy do egzotycznego portu, pedałowaliśmy w dżunglę, żeby, choć przez dwie godziny nacieszyć oczy zielenią – wspomina.

Praca na morzu to nie tylko przygoda. Jest też strach. Tajfuny, huragany, cyklony. – Ja jednak najbardziej bałem się mgły, żeby z czymś się nie zderzyć. Podczas rejsu wszystko może się zdarzyć. Jednak najgorsze przeżycie miałem wtedy, gdy statek dosłownie przełamał się na pół. Płynęliśmy masowcem niedaleko Norwegii. Wieźliśmy ponad sto tysięcy ton rudy żelaza. Wieczorem minęliśmy Narvik. Nagle o godzinie 4 nad ranem rozległo się rozdzieranie blach, statek pękał. Ze strachu nie mogłem włożyć kombinezonu ratunkowego – mówi.

 

Smutny czas świąt

Zdzisław Buchert na statkach spędził 30 wigilii. – Mimo, że załogi były mieszaniną różnych narodowości i wyznań, zawsze na wigilię przygotowywałem czerwony barszcz, kapustę z grzybami i makowiec – wylicza. – Było uroczyście? – A skąd! Na statku, zwłaszcza towarowym, nie ma żadnej magii świąt.

Praca marynarza jest wielką próbą dla rodziny. Małżeństwo pana Zdzisława tej próby nie przeszło. Żona od niego odeszła, ale syn poszedł w jego ślady i też został marynarzem. Ojciec jest dumny z syna, choć przestrzegał go, że nie jest to łatwy kawałek chleba. – Od początku planował pan, że zostanie marynarzem i zwiąże się z morzem na 40 lat? – Nie, skąd. Zakładałem, że popływam nie więcej niż 5 lat, dorobię się trochę i osiądę gdzieś na lądzie. A zrobiło się z tego praktycznie całe życie – mówi. – Żałuje pan? – Czy ja wiem? Za morzem raczej nie tęsknię, prędzej za gotowaniem, bo najpierw byłem kucharzem, nim zostałem marynarzem, ale nie wiem czy gdybym mógł wybrać drugi raz, wybrałbym morze. Choć dzięki pływaniu zwiedziłem praktycznie cały świat. Nie każdemu jest dana taka możliwość. No, ale coś, za coś – podsumowuje refleksyjnie.

Tijo, trijo, tru lu lu lu lu

Naszej rozmowie towarzyszą uporczywe trele. Tak uporczywe, jakby kanarki starały się nas za wszelką cenę zagłuszyć. Kanarki to wielka pasja pana Zdzisława. Teraz ma ich w domu ledwo kilka, ale wcześniej dochodziło do trzydziestki. Ich klatki zajmowały w całości mniejszy pokój. Teraz goszczą się w większym. Jest ich zdecydowanie mniej, jednak śpiewają tak donośnie, że po chwili mam w głowie wibracje. – Ten świergot nie przeszkadza pana sąsiadom? – Sąsiad za ścianą specjalnie balkon rano otwiera, żeby je słyszeć – śmieje się, gdy zasłaniam ucho w trakcie ptasiego koncertu.

Kilka lat temu kanarki  Zdzisława Bucherta wyśpiewały na zawodach mistrzostwo Olsztyna. Wcześniej przeszły specjalny trening. Polegał on na tym, że przez kilka godzin klatki z ptakami stały w ciemnym pomieszczeniu. Następnie były wynoszone do jasnego, wtedy ptaki z radości zaczynały śpiewać. – Trzeba było taki manewr powtarzać przez kilka dni, a później jak na komendę śpiewały. Każdy innym głosem, ponieważ każdy kanarek śpiewa inaczej. Jeden jest jak flecik, inny jak dzwoneczek, czasem wchodzą sobie w tury i tak powstaje niesamowita orkiestra  – tłumaczy  pasjonat kanarków.

Mógłby o nich mówić godzinami, jednak mnie interesuje coś innego. – Mógł pan mieszkać wszędzie, dlaczego wybrał pan „Pojezierze”? – Jestem poznaniakiem. Do Olsztyna przyjechałem przed dożynkami i spodobało mi się tutaj. Lasy, jeziora, piękna przyroda.  Zakochałem się w tym 40 lat temu, dostałem mieszkanie w „Pojezierzu” i tak zostało do dziś. Kiedyś, gdy byłem młodym chłopakiem, myślałem, żeby zostać leśnikiem. Życie ułożyło się inaczej, ale w Olsztynie mam lasy dookoła. Dobrze się tutaj czuję, z sąsiadami też dobrze żyjemy. Czasem coś im ugotuję, przepis jakiś zdradzę, albo podam garnek zupy przez balkon. A może naleję pani do słoika tej ogórkowej, rodzinę pani poczęstuje, co? – Pyta, gdy wyłączam dyktafon. – A poproszę, taka zupa od kucharza z „Batorego” to gratka.

 

© 2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.