Niedziela, 22 września 2019, Maurycego, Tomasza, Joachima

Hanna Fogel

Najpierw słyszy dźwięk 

Na początku był dźwięk, była muzyka. I tak zostało do dzisiaj. Kiedy otwiera okno, albo drzwi to najpierw słyszy jak skrzypią, a dopiero potem widzi ich formę, kolor. Umiłowanie śpiewu wyniosła Hanna Fogel z domu w Zdziwoju Starym, niewielkiej wsi na Mazowszu, w powiecie przasnyskim, położonej między Nidzicą, a Chorzelami. Skąd ta nazwa? Zdziwój to staropolskie imię męskie, jak dowodzą językoznawcy złożone z dwóch członów: „Zdzi” – znaczy uczynić, zrobić, nadać imię, a „woj” to po prostu wojownik. W tej to miejscowości spędziła dzieciństwo pani Hanna. Dom rodzinny zawsze był pełen ludzi. Wystarczy, że, było ich sześcioro rodzeństwa i wszyscy śpiewali, wszyscy mieli artystyczną duszę, niewątpliwie po ojcu, Janie Sokołowskim, który był znanym w całej okolicy śpiewakiem. Jakże pięknie ojciec śpiewał w kościele parafialnym, na mszach św., na wszystkich ważnych uroczystościach. A parafia była w innej wsi, w Janowie.

Muzyka ciągle brzmiała w domu państwa Sokołowskich. i tak jest do dzisiaj, zwłaszcza, 15 sierpnia kiedy wszyscy, cała rodzina, spotykają się w Zdziwoju Starym. Nazywają to spotkaniem pod dębem, bo jakieś pięć metrów od domu stoi prastary dąb – pomnik przyrody. To pod nim odbywają się rodzinne zgromadzenia, posiady i biesiady, które trudno sobie wyobrazić bez wspólnego muzykowania, a zwłaszcza bez śpiewu. Sceneria jest niezwykła, bo kilkadziesiąt metrów za ogrodem wytryska prawdziwe źródło, u stóp tegoż źródła wyrasta Martwa Góra, a dalej tylko wrzosy, lasy, latem pachnące od obfitości jagód, a grzybów - jesienią. Z tą miejscowością rodzina Sokołowskich związana jest, jak to się mówi, z dziada pradziada.

            Pochodząc z tak muzykalnej rodziny nie mogła pani Hanna uniknąć swego losu. Po ukończeniu szkoły podstawowej trafiła do Liceum Pedagogicznego dla Wychowawczyń Przedszkoli w Szczytnie. Tam łyknęła bakcyla prawdziwego śpiewania u pana Witolda Kota, dyrygenta i nauczyciela muzyki, tam także nauczyła się grać na mandolinie i ... kontrabasie. Zawsze pociągał ją świat sztuki. Kto wie, pewnie z jej urodą, świetnym altowym głosem, nienaganną dykcją w innych uwarunkowaniach trafiłaby do szkoły teatralnej, bo teatr też ją pociągał, i to bardzo. Stało się nawet tak, że jeszcze przed maturą zdała egzamin do  olsztyńskiego teatru lalek. Ale pracowała w nim tylko rok. Ciągłe wyjazdy, praca w terenie. Rodzice suszyli jej głowę, że to nie dla niej, że musi wrócić do wyuczonego zawodu, więc po roku podjęła pracę jako nauczycielka przedszkola, a ponieważ pasje artystyczne upominały się o swoje, prawie od razu związała się z Zespołem Pieśni i Tańca „Olsztyn” działającym przy ówczesnym Wojewódzkim Domu Kultury. Śpiewała w nim 20 lat.

            To był wspaniały okres dla zespołu. Choreografem był znakomity Wojciech Muchlado, a kierownikiem artystycznym Włodzimierz Jarmołowicz, twórca tylu wspaniałych zespołów śpiewaczych - Bel Canto, Moderato, Tęcza. Zespół wprowadził w jej życie inny szerszy wymiar. Pani Hanna z rozrzewnieniem wspomina pierwszy wyjazd za granicę, na festiwal do Kopenhagi. Jedynym zespołem z Polski był właśnie „Olsztyn” i dzięki temu ich udział został dostrzeżony i odnotowany przez radio i telewizję. Gród nad Łyną zawsze był rozśpiewanym miastem i tak jest do dzisiaj. Zdaniem pani Hanny olsztyńskie chóry mogą konkurować z najlepszymi w świecie. Lubi to śpiewanie i często chodzi na koncerty Wawrzyczków, Collegium Baccalarum, Collegium Musicum.

Upodobania plastyczne pani Hanny dały wyraz w jej licznych pracach wykonywanych techniką collage'u. Na ścianach w domu artystki nie ma jednak jej obrazów, a tylko prace przyjaciół. Dlaczego collage? To dobra technika dla tych, którzy – jak twierdzi-  nie mają  przygotowania plastycznego. Ale i tak prace Pani Fogel podobają się widzom. Skąd to wiadomo? Jeśli prace są kupowane, to znaczy, że się podobają. A collage się podobają, bo są barwne, zagadkowe, zapraszają do wycieczki w głąb wyobraźni. Inspiracje? Na pewno Salvatore Dali, trochę Picasso, a ostatnio także Hanna Bakuła. To co ciekawe, że w aranżacjach plastycznych Pani Hanny tematykę przynosi samo życie. Jedną z prac zrealizowała w czasie, kiedy w Polsce szalała ptasia grypa. Nad inną znowu pracowała nasłuchując informacji o pomarańczowej rewolucji w Kijowie.

I ostatnia pasja – poezja. Może nie taka też ostatnia. Dwadzieścia lat temu od Anny Ulman – plastyczki i poetki – dostała zaproszenie na plener w Olecku. Wielodyscyplinarny: poetycko - muzyczno – plastyczny. Organizowała go formacja „Polimuza” z Politechniki Białostockiej. Pojechała. Każdego dnia były tam spotkania autorskie, do których robiła specjalną scenografię. Podczas spotkań słuchała, słuchała, a potem zadawała wiele pytań, więc nazwano ją sempatykiem poezji. Na drugi rok też poprosiła o swój wieczór autorski. Wtedy zaczęła pisać pierwsze wiersze, rymowanki, najpierw dla ukochanej córki i wnusi. Powstały z tych drobiazgów dwie książeczki, po jednej dla każdej z nich. W poezji wzorcem jest dla niej Jerzy Fryckowski – znakomity poeta, laureat bodajże 500 nagród literackich. Swoje utwory drukowała w różnych pracach zbiorowych. Jeden z tomików wyszedł na jubileusz XXX-lecia pontyfikatu papieża Jana Pawła II. Książka trafiła do biblioteki watykańskiej. Ma już przygotowany pierwszy tomik poetycki gotowy do wydania – są już ilustracje, jest projekt okładki, ale ciągle odkłada decyzję, aby oddać go do druku.

Pani Hanna tonie w dokumentach, a przywiązuję do nich ogromną wagę. Te dokumenty to m.in. przebogata korespondencja będąca owocem wielu artystycznych przyjaźni, m.in. z młodym, wszechstronnie utalentowanym plastykiem Robertem Znajomskim, z Leszkiem Frey-Witkowskim mistrzem poetyckich ex librisów, zdaniem pani Hanny – artystą światowej sławy. Ex librisy, czyli księgoznaki służyły niegdyś do oznakowywania zbiorów bibliotecznych przez ich właścicieli. Ostatnio zmieniły się ich funkcje stając się elementem graficznym wyróżniającym osoby prywatne, instytucje, wydarzenia, czy obyczaje. Ex librisy są znakomite dla takich mikro prezentacji podczas spotkań autorskich. Jedno z nich odbyło się w marcu ub.r., w bibliotece, przy ul. Świtezianki na osiedlu Pojezierze.

W swoim mieszkaniu przy ul. Dworcowej pędzi pani Hanna bardzo pracowity wypełniony wieloma pasjami żywot. Ma wrażenie, że tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia, a czasu jakby wciąż za mało. Dlatego sypia po trzy godziny, bo szkoda dłużej. Jest nocnym markiem i najlepiej pracuje się jej w nocy, kiedy nie słychać skrzypienia windy, ani gruchania gołębi za oknem, kiedy wokół dźwięczy tylko cisza. A cisza jest najpiękniejszą muzyką.

Hanna Fogel

© 2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.