Niedziela, 22 września 2019, Maurycego, Tomasza, Joachima

Anna i Paweł Gierejczykowie

Każda zmiana mieszkania wiązała się z przyjściem na świat kolejnego dziecka. Jeszcze gdy mieszkaliśmy na 15 metrach  kwadratowych, w dawnym hotelu pielęgniarskim przy Dworcowej, urodziła się – Weronika, dzisiaj już gimnazjalistka.  Szczęśliwie w tym samym czasie udało się zamienić mieszkanie i rozpoczęliśmy nowy etap życia w wieżowcu na Dworcowej 64. Wtedy urodził się Kacper – wspominają państwo Anna i Paweł Gierejczykowie.  Rodzina się powiększała, trzeba było rozejrzeć się za nowym lokum. Znalazło się całkiem niedaleko, na Dworcowej 69. Z nowym domem wiążą się urodziny Martynki. Następna przeprowadzka, były to już tylko przenosiny na drugie piętro w tym samym budynku. Do tego mieszkania, jak zawsze pieczołowicie wyremontowanego przez pana Pawła,  prosto ze szpitala przybyła najmłodsza latorośl – obecnie półtoraroczna Ewunia.

            Pani Ania, Góralka -  jak mówią o niej przyjaciele i koledzy w pracy –   to kobieta tryskająca energią, pracowita, życzliwa i bardzo, bardzo rodzinna. Nic dziwnego, przyszła na świat jako piąte z dziewięciorga dzieci Jadwiga i Jana  Turkowów we wsi Naszacowice, w  gminie Podegrodzie,  na ziemi nowosądeckiej. Babcia i dziadek ze strony taty, Stefania i Stanisław Turkowie mieli 17 dzieci. Ale babcia Kunegunda Bodziony, ze strony mamy – miała tylko trójkę, wszystkie dziewczynki. A więc od dzieciństwa żyło się rodzinnie i wspólnotowo, w przyjaźni z sąsiadami. Tato pani Ani zawsze był społecznikiem. W latach 80-ch i później działał w Solidarności Rolników Indywidualnych. Potem był radnym sejmiku województwa małopolskiego. Zawsze pomagał ludziom. Zdarzało się, że przychodził sąsiad i mówił „Jasiek, jakbyś tak trachunkiem jechał do Sącza tobyś co nam wziął…..” I tato nigdy nie odmawiał.  Wprawdzie rodzinna wieś Naszacowice, w gminie Podegrodzie, leży nie wyżej niż na 340 metrach n.p.m., ale Beskid Sądecki prawie za miedzą, a do Małych Pienin też o rzut kamieniem. Malowniczo położona wieś leży wśród wzgórz i wąwozów w dolinie Dunajca. Swą historią sięga IX wieku. Z kolei Podegrodzie jest stolicą Lachów Sądeckich, etnograficznie wyodrębnionej grupy ludności polskiej zamieszkującej ziemię nowosądecką z dziada pradziada. Pani Ania jest Laszką Sądecką jak się patrzy. Dumna jest ze swego rodzinnego gniazda i serdecznie z nim związana.  

            Pan Paweł jest z urodzenia Olsztyniakiem.  Jego dziadkowie i rodzice ze strony mamy wywodzą się z Szemplina spod Janowca Kościelnego, a ze strony taty – z Silic.  Stąd  przeprowadzili się do Olsztyna, na Dajtki. Wszystko dzięki dziadkowi. To on zaczął budowę domu i początkowo z Silic na Dajtki i z powrotem chodził pieszo, potem dorobił się roweru, potem „jawki”, aż wreszcie rodzina zamieszkała już na dobre w Olsztynie.

            Ludzkie losy to wieczna zagadka. Góra z górą się nie spotka, ale człowiek z człowiekim i owszem. Los sprawił, że Góralka i pół na pół Warmiak i Mazur spotkali się przed 15 laty w Olsztynie. Pan Paweł pamięta chwilę poznania co do miesiąca, dnia, a nawet godziny. Był czwartek,  28 czerwca, godzina 19.08.  Poznali się dzięki koleżance  Ani -– razem pracowały w szpitalu - której mąż z kolei pracował z panem Paweł w Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych Budownictwa. Kolega powiedział tak: „masz chłopie do poznania Góralkę, ona chodzi do kościoła, ty chodzi do kościoła, więc się jakoś zgadacie”.   Przyszłą żonę zapamiętał, że przyszła na spotkanie w biało- pomarańczowej sukience, opalona, nakremowana, prosto z plaży – w końcu był czerwiec. Pierwsze wrażenie pani Ani, to szczupły, bardzo wysoki przystojny chłopak, też mocno opalony. W sumie pozytywnie. Nie myślała jeszcze o jakimś stałym związku. Do Olsztyna przyjechała „za pracą” w latach 90-ch. Nie za bardzo jej się tu podobało. Chciała wracać. Niejedną noc przepłakała  z tęsknoty do domu. Poznanie przyszłego męża sprawiło, że polubiła Olsztyn i przestała tak często myśleć o domu.  Wcześniej jak tylko mogła pędziła do swoich, zwłaszcza że i rodzicom trzeba było pomóc przy żniwach czy przy zbiorze buraków. Nigdy nie stroniła od ciężkiej pracy. To było takie przykazanie wyniesione z domu, które teraz wpaja dzieciom. 

            Choć w ciągu 15 lat państwo Gierejczykowie zdążyli już stworzyć własną historię rodzinną, ale do Naszacowic w gminie Podegrodzie ciągnie. Nie dalej, jak tydzień temu wrócili stamtąd po kilku dniach spędzonych na rodzinnym weselu. Było to takie średnie wesele, na  260 osób. - Na duże wesele w nowosądeckim, zjeżdża się i ze 400, albo i więcej gości – mówi pani Ania. Ich wesele było niewielkie. Wzięło w nim udział tylko 150 weselników. Pobrali się po 22 miesiącach znajomości. Ale nie mieszkali razem, bo dopiero wtedy by im rodzice dali! Wesele odbyło się, jak zwyczaj każe, w parafii panny młodej, czyli u św. Jakuba w Podegrodziu, 5 kwietnia 1999 roku. Był to drugi dzień Wielkanocy, popularny lany poniedziałek. Obydwoje śmieją się z kolejnego zbiegu okoliczności. Parafią Pawła w Olsztynie też był św. Jakub, a on mieszkał w dzielnicy Podgrodzie. Drobiazg, tylko 600 km od parafii do parafii. Ślubu udzielali dwaj stryjowie Anny, ks. Władysław  ( długoletni rektor WSD Hosianum )  i ks. Józef Turkowie ( profesor na KUL )- niestety, obaj już niestety nie żyją, oraz kuzyn - ks. Stanisław Majewski, wtedy proboszcz  w Bisztynku, dzisiaj już parafii św. Jerzego w Kętrzynie.   Wcześniej rodzina musiała oczywiście poznać i zaakceptować przybysza z Polski północno-wschodniej. Jednym ze sprawdzianów przeprowadzonych przez braci narzeczonej była odporność na lokalną mocarną śliwowicę. Pan Paweł ok. 190 wzrostu, chłopak na schwał, z tą i innymi formami sprawdzianu świetnie sobie poradził.  Lody zostały przełamane, a młody przyjęty przez rodzinę. Bardzo się lubią, pomagają sobie nawzajem; wiadomo – jak to w życiu, zdarzają się i problemy – ale generalnie tworzą jedną wielką rodzinną wspólnotę. Wprawdzie u Gierejczyków  w Olsztynie trudno zorganizować większy zjazd rodzinny, ale jakoś sobie radzą –  w lipcu tego roku przyjedzie brat pani Ani  z żoną i jeszcze drugi brat. Siostry, bracia Turkowie nie mają z tym problemu,  bo jak większość rodzin na południu Polski posiadają  domy. Państwo Gieryjczykowie też się wzięli za budowę domku na działce w Klebarku Małym, ale nie śpieszą się z jego wykończeniem, bo ciągle są jakieś wydatki.

            Plany na przyszłość często przysłania niepokój o jutro. Przeżyli już okres, kiedy pan Paweł był na bezrobociu. Był też taki czas, kiedy firma cienko przędła i przynosił do domu dosłownie grosze. Poszedł wtedy na urlop wychowawczy, bo sytuacja zawodowa żony była bardziej stabilna, a jej praca w departamencie zdrowia Urzędu Marszałkowskiego lepiej płatna. Z myślą, aby radzić sobie w każdej sytuacji obydwoje ciągle się dokształcają. Pani Ania zaczynała od liceum pielęgniarskiego. Pracę magisterską z pedagogiki społecznej broniła kiedy urodziła pierworodną – Weroniczkę. W zeszłym roku, kiedy najmłodsza - Ewunia miała roczek, zrobiła licencjat z pielęgniarstwa.   Pan Paweł po zawodówce już jako 17-latek zaczął pracować. Potem zaocznie ukończył ogólniak, następnie studium informatyczne. Jak mówi „Żona we mnie uwierzyła i posłała na studia”. Zrobił licencjat: marketing i zarządzanie ze specjalizacją informatyk w zarządzaniu. Potem poszedł w kierunku BHP, w pracy akurat przechodził na emeryturę znajomy zajmujący się tymi sprawami, więc za własne pieniądze zrobił odpowiednie uprawnienia. Jednocześnie studia magisterskie na kierunku wychowanie techniczne. Pracując jako BHP-owiec zdobył uprawnienia inspektora ochrony przeciwpożarowej. Działa w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Służb BHP, pasjonuje się pierwszą pomocą.  Został skierowany na szkolenie Europejskiej Rady Resuscytacji i zdobył specjalistyczne uprawnienia. Staż odbył w warszawskim szpitalu przy u. Szaserów gdzie pierwszej pomocy uczył……. lekarzy.

            Ta wiedza bardzo przydaje mu się w codziennym życiu. Dziwnym zbiegiem okoliczności często natrafia na sytuacje, kiedy trzeba komuś ratować życie. Czasem odnosi wrażenie jakby Bóg kierował jego krokami, żeby znalazł się w tym, a nie innym miejscu, zawsze tam, gdzie trzeba komuś pomóc. Chociaż – jak żartuje – największą akcję przeżył, jak w hollywoodzkim filmie, kiedy musiał zapanować nad autobusem, który znienacka ruszył bez kierowcy spod olsztyńskiego Carrefoura. Było to 18 lutego, zamarzła hydraulika, kierowca wysiadł, żeby coś sprawdzić, a wypełniony ludźmi pojazd zaczął się ześlizgiwać po oblodzonej jezdni. Już skręcał z drogi w kierunku ogródków działkowych dokąd prowadziło strome zbocze, kiedy  Pawłowi udało się zahamować pojazd.  Pan Paweł pomaga wszystkim. Nie zrażają go nawet ludzie pijani. Takim też trzeba pomóc. Nie potrafiłby przejść obojętnie. Często jest to także lekcja dla dzieci, żeby wiedziały, że człowiek, bez względu na jego status czy stan jest człowiekiem, takim jak każdy inny.

            Państwo Gierejczykowie są ludźmi, którzy odważnie i z optymizmem idą przez życie. Nie siedzą z założonymi rękoma. Gdyby zdarzyło się, że nie daj Boże będą problemy z pracą, będą sobie sami radzić. Nie chcą żadnej pomocy społecznej, bo uważają, że to dyshonor, chcą po prostu pracować i uczciwie zarabiać, najlepiej u siebie. Jak wielu mają kredyt. Wzięli go, żeby wykupić obecne mieszkanie. Raty płacą regularnie. Są rachunki, codzienne wydatki. Dzieci rosną. Nie jest to wszystko takie proste. Ot, zwyczajne życie. W Polsce rodzinom wielodzietnym nie żyje się łatwo. Dwaj bracia pani Ani pracują w Austrii, gdzie opieka państwa nad rodzinami, zwłaszcza wielodzietnymi jest wzorowa. Wyjazd za pracą, za granicę,  to wariant awaryjny, ale mając rodzinę, dzieci, którym trzeba zapewnić byt, wykształcenie i harmonijny rozwój, myśli się o różnych rozwiązaniach.

            Dzieci są dla nich najważniejsze. „Chyba w genach mamy tak zakodowane, że nie boimy się posiadać dzieci, ogromnie je kochamy i jest to dla nas ogromne szczęście i błogosławieństwo” – mówi pani Ania mocno tuląc do siebie małą Ewę. Przez życie idą odważnie, z wiarą w Boga i ludzi. Uważają się za szczęśliwych. Nie mają wygórowanych mrzonek i oczekiwań. Po prostu praca, przyjaźń, wzajemna życzliwość. Zawsze mogą liczyć na rodzinę i przyjaciół. Nigdy nie zawiedli. Także ostatnio, kiedy miesiąc po urodzeniu Ewuni okazało się, że musi przejść operację woreczka żółciowego. Wywiązały się komplikacje, a tu święta Bożego Narodzenia - ona w szpitalu, a w domu mąż z dziećmi, z tą najmłodszą, która potrzebowała szczególnej opieki. Pomogła mama pana Pawła, pomogli przyjaciele. Każdy coś przygotował i przyniósł na świąteczny stół. Znalazły się ubranka dla malucha. Ewunia urodziła się miesiąc przed planowanym terminem. Najważniejsze, że nie miała żadnych wad wcześniaczych.  Państwo Gierejczykowie potrafią dziękować. Znakomite makowce i serniki wypiekane przez pana Pawła są najlepszą rekompensatą.

            Zbliżają się Święta Wielkanocne.  A więc będzie święconka, która w rodzinnym domu pani Ani nie była symbolicznym koszyczkiem, ale koszem jak się patrzy, do którego kładło się własny chleb, pęto swojskiej kiełbasy, masło swojej roboty i chrzan oraz jajka od własnych kurek. Jak było dużo dzieci w domu, trzeba było z kilkanaście jajek poświęcić. Wielkanoc ma także wymiar duchowy. Kościół, wiara, w małżeństwie państwa Gierejczyków zajmują ważne miejsce. Codzienna modlitwa różańcowa, służba liturgiczna męża, ministrantura Kacpra, to ważne elementy życia w tej rodzinie. Wiarę trzeba przekazać dzieciom. Na Rezurekcję pan Paweł jak przed rokiem pójdzie ze starszymi pociechami. „Na wierze – mówi pani Ania - opieramy całe nasze życie. Na naszym ślubnym zaproszeniu było takie motto: Człowiek ma w życiu jedną drogę, którą mu wskaże Bóg, my zaś wspólnie będziemy prosić Boga, aby nas przez życie wiódł.

                                                                                                                                             Bożena Ulewicz


PANA PAWŁA PRZEPIS NA SERNIK PUSZYSTY

Ciasto:

1 szklanka mąki krupczatki
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 kostka margaryny 250g
1 jajo
½ szklanki cukru

Masa serowa:

0,8-1 kg. twarogu (ja ostatnio daję serki waniliowe homogenizowane 2 x 400g i wychodzi ciekawy smak tak dla odmiany można też dać niemielony twaróg i pokruszyć i znowu inny smak)
7-8 żółtek z jaj (małych więcej)
1 całe jajko
1 szklanka cukru
1 budyń śmietankowy (w proszku do wsypania nie gotowany)
1 szklanka mleka (250 ml)
1 szklanka jogurtu naturalnego (250 ml)
½ szklanki oleju
7-8 białek z jaj

Kruszonka:

1-2 zółtka
2 łyżki masła/margaryny
3-4 łyżki cukru
200g wiórków kokosowych
parę łyżek bitej piany z masy serowej
Przepis:

Ciasto: ugniatamy wszystkie składniki ręką w misce. Po ugnieceniu odkładamy do lodówki na ½ godziny.

Masa serowa: W jednym naczyniu ubijamy białka na pianę, do drugiego naczynia najlepiej miski dajemy żółtka miksujemy dodajemy jajko i cukier miksując dalej potem budyń, twaróg, mleko, jogurt, olej. Na koniec dodajemy ubitą pianę zwalniając obroty miksera. Warto zostawić parę łyżek piany do kruszonki (lepiej będzie przywierać do ciasta po upieczeniu).

Blachę smarujemy tłuszczem obsypujemy bułką, nagrzewamy piekarnik elektryczny włączając dwie grzałki do 180 OC, lodówki wyjmujemy ciasto i ugniatamy je na dnie blachy i wlewamy do blachy masę serową. Wstawiamy do piekarnika na 20-25 minut. Szykujemy kruszonkę mieszając w naczyniu składniki. Po wstępnym zapieczeniu masy wyjmujemy ciasto z piekarnika wyłączamy całkowicie górną grzałkę i zmniejszamy temp. pieczenia o 20 OC i na masie rozkładamy kruszonkę. Wkładamy znowu do piekarnika aż do zbrązowienia kruszonki (około 65-75minut) po 40 minutach można zmniejszyć temp. Pieczenia o kolejne 10 OC tak żeby za szybko nie zbrązowiała kruszonka przed czasem z nawiasu J.

Smacznego

 

© 2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.